Witam na stronie "Tajlandia, Indie, Nepal, Meksyk, Chiny" - poniżej Tajlandia , lub wybór innego kraju Wybór innego kraju:

"INDIE"


"NEPAL"


"MEKSYK"


"CHINY"


languageEnglish version


"Inne moje strony & e-mail"
& prognoza i statystyka pogody
dla każdego rejonu na świecie.




KRÓLESTWO TAJLANDII - nieco ogólnych wiadomości


flaga Tajlandii



godło Tajlandii

Położone na Półwyspie Indochińskim i Malajskim, od płd zach. oblane wodami M.Andamańskiego i Cieś. Malaka, od płd wsch. Zat. Tajlandzkiej. Graniczy z Myanmarem czyli Birmą, Laosem, Kambodżą i Malazją. Pow.kraju 514 000km2. Stolicą Tajlandii jest leżący u ujścia rzeki Chao Phraya (Menam) liczący 6.5 a z przyległościami 12 mln mieszkańców Bangkok. Ludność całego kraju (szacunek z 2004r) to 64 900 000 w tym: 53%Tajów, 27%Laotańczyków, 12%Chińczyków, 4%Malajów, reszta to Khmerowie, Karenowie, Monowie i Wietnamczycy. Pod względem wyznaniowym 94% to buddyści (hinajana), 4% to wyznawcy islamu (głównie Malajowie), reszta to chrześcijanie, hinduiści, konfucjoniści. Ustrój Tajlandii to monarchia konstytucyjna. Głową państwa jest od 1950r Bhumibol Adulyadej - Rama IX urodzony w 1927r. Tajlandia jest niepodległa od chwili powstania, czyli od 1238r i dzięki mądrze i przebiegle prowadzonej przez króla polityce zagranicznej nigdy jej nie utraciła. Językiem urzędowym jest tajski, walutą bat (1 THB=100satangów). Za dolara dostaje się ~36THB, czyli 10 THB to wartość 1PLN - co ułatwia przeliczanie i porównanie cen z polskimi w czasie zakupów. Inflacja w Tajlandii nie przekracza 2%, a z wymianą pieniędzy w miastach nie ma problemów. Jest gęsta sieć bankomatów, a kantory i banki niemal sąsiadują ze sobą. Drogi są bardzo dobre, można wypożyczyć samochód jednak obowiązuje międzynarodowe prawo jazdy i ruch lewostronny. Napięcie w gniazdkach 220V - wtyczki A,C. Codziennie o godz. 8.00 i 18.00 odtwarzany jest w radiu i TV, a również w większych miastach w miejscach publicznych (np. przy świątyniach) hymn państwowy w czasie którego jest wciągana/opuszczana flaga państwowa, wtedy ludzie zatrzymują się i stoją w postawie "na baczność". Flaga Tajlandii w XXw. zmieniała się trzykrotnie, w/g mnie najbardziej oryginalna była ta pierwsza, bo druga i obecna są jak wiele innych flag państwowych. Podobno zmieniono ją gdy w czasie pobytu króla w Europie, słoń widniejący na fladze był odebrany jako małe tajlandzkie zwierzątko domowe. Słoń ma w Tajlandii bardzo wysoki status, a kiedy urodzi się biały słoń, staje się automatycznie własnością króla i często przyznawany jest mu status świętego. Nie wolno go zatem używać do pracy itp. W/g kalendarza tajskiego 2006r to 2549 rok. Strefa czasowa dla Tajlandii - UTC+7, a w linii prostej z Warszawy do Bangkoku jest ok. 9200 km co przekłada się na ok. 11 godz lotu. Wylądowaliśmy tu o świcie na oddanym przed miesiącem nowoczesnym i jednym z największych na świecie lotnisk. Posiada ono olbrzymi, cały klimatyzowany terminal, pięknie ozdobiony monstrualnej wielkości fantastycznymi postaciami z Ramakien - tajlandzkiej wersji indyjskiej epopei rycerskiej. Równie imponująca jest część odlotowa z kilkuset licząc na oko punktami odprawowymi. Wszystko doskonale oznakowane, czyste i przyjazne pasażerowi. Terminal stanowi jakby miasteczko z ruchomymi chodnikami w długich przejściach, a strefa bezcłowa jest pełna kantorów wymiany walut, sklepów, kawiarni, barów i restauracji położonych przy uliczkach krzyżujących się co jakiś czas. I tylko brak jest tu ruchu samochodów, motorów , tuk-tuków i ulicznego smogu i gorąca. Ceny dorównują tu wielkości terminalu. Po powitaniu "sałasdi ka" ( witający panowie w miejsce "ka" wstawiają "krab") i zdjęciu z Tajką (200THB) - ruszyliśmy do hotelu. Po drodze poznaliśmy tajskie pieniądze i usłyszeliśmy pierwsze informacje z ust tajskiego i polskiego pilota.



BANGKOK - stolica Tajlandii (zobacz na mapie)

kliknij aby powiększyć
Bangkok oglądany z tarasu widokowego najwyższego w Azji wieżowca Baiyoke Tower - kliknij zdjęcie z lewej (ponad 300m od podstawy - wjazd 200THB, w cenie drink w barze na szczytowym tarasie) sprawia wrażenie olbrzymiej, nowoczesnej metropolii. Wielopasmowe (nawet 6 pasów w jedną stronę), trójpoziomowe, gigantyczne rozwiązania komunikacyjne, mrowie wieżowców wyglądających z tej wysokości jak zabawkowa układanka z klocków i przede wszystkim olbrzymi ruch samochodów, tuk-tuków, zawsze najszybszych pod światłami motocykli i ludzi. Wielkie kompleksy świątynne są stąd ledwo zauważalne a krańce miasta nikną w smogu i mgle, ale to jeszcze bardziej podkreśla jego ogrom. Jednak kiedy chodzi się jego ulicami obraz zmienia się nieco, pierwszy plan zajmuje nieskończona ilość straganów zajmujących część chodnika i jezdni, stałych i mobilnych - doczepionych w charakterze "bocznego kosza" do motoru, motoroweru , roweru, czy po prostu pchanego w razie potrzeby przez sprzedawcę. Można tu zjeść na gorąco w wybranej ulicznej garkuchni, jeśli już potrafimy rozróżniać smaki tajskich przysmaków i kupić absolutnie wszystko od ciastek, słodyczy, owoców, ryb, różnego rodzaju mięs, niezliczonej ilości sosów, przypraw i dodatków , grilowanych robaków i larw różnego koloru i wielkości, chrząszczy karaluchów itd itp, do ubrań, AGD i co tam komu przyjdzie do głowy. Ja zaryzykowałem smoczy owoc. Oczywiście są stałe targowiska, ale jeśli nie ma się czasu - te są pod ręką.
kliknij aby powiększyćW chińskiej dzielnicy Bangkoku (Chinatown) w niewielkiej, choć pięknie przyozdobionej świątyni Wat Trai Mitr jest przechowywany pod opieką mnichów posąg Złotego Buddy. Posąg ten przez całe stulecia był uważany za gipsowy odlew i przypadkowy odprysk powłoki w latach 50-tych XXw ujawnił jego tajemnicę. Posąg Siedzącego Buddy utrzymany w stylu sukhotajskim o wysokości 4 m odlany jest z 5.5 tony litego złota i prawdopodobnie pochodzi z XIIIw. Gipsowa powłoka miała chronić go przed zachłannością birmańskich najeźdźców. To największa na świecie figura Buddy cała wykonana ze złota i jest otaczana przez buddystów czcią. Szanując to zdejmij buty i kapelusz, zakryj nogi i ramiona!
kliknij aby powiększyćRykszą, tuk-tukiem, płatnym motorem, lub taksówką można przenieść się na kwiatowy targ. Tu na straganach kłębią się różne gatunki storczyków przyciągając uwagę nie przywykłego do takiej mnogości szlachetnych kwiatów europejczyka. Są tu oczywiście róże, gerbery, kwiaty lotosu - używane głównie przy obrządkach religijnych w świątyniach buddyjskich i wiele, wiele innych gatunków i odmian kwiatów zachwycających kolorami i kształtami. W tym kraju często się żałuje że nie jest się biologiem i nie potrafi nazwać prawdziwych majstersztyków natury które się tu spotyka na każdym niemal kroku. Jest czego Tajom zazdrościć, choć na nartach to oni sobie nie pojeżdżą!
kliknij aby powiększyć
kliknij aby powiększyć

Wat Po to największa, najstarsza świątynia w Bangkoku. Leży ona na zachód od Chinatown obok Wielkiego Pałacu. Kompleks świątynny zajmuje olbrzymi obszar, a pierwsze budowle świątynne powstały tu już XVIw. Obecnie zamieszkuje tu ok. 300 mnichów którzy sprawują pieczę nad Wat Po. We wsch. części dziedzińca, przesłonięty krużgankami stoi piękny bot - najważniejsza w Wat Po sala modlitw i wyświęceń. Dach ma ozdobiony rzeźbieniami przedstawiającymi mitycznego garudę (człowieka ptaka) trzymającego w szponach dwa węże naga, a podstawę zdobią piaskowcowe płyty z rzeźbami scen z Ramakien. Na dziedzińcu stoi 95 chedi - dzwonowatych pięknie zdobionych ceramicznymi płytkami strzelistych budowli w kształcie stupy. Chedi zawierają prochy członków rodziny królewskiej, mnichów i zasłużonych ludzi świeckich. Jest tu również 394 figury siedzącego Buddy z okresu panowania Ramy I, oraz kamienne posągi w dziwnych pozach - są to riśi, czyli hinduscy pustelnicy. W zach. części dziedzińca znajduje się świątynia mieszcząca ceglany posąg pokryty złotymi płytkami przedstawiający leżącego na boku Buddę w oczekiwaniu na nirwanę (śmierć). Posąg ma 46m długości i 15m wysokości. Palce stóp są inkrustowane macicą perłową w kształcie linii papilarnych, na podeszwach zaś przedstawiono 108 starych symboli po których można poznać człowieka oświeconego. Ściany świątyni pokryte są malowidłami przedstawiającymi sceny z życia Buddy. Przy ścianie za plecami leżącego Buddy stoi rzędem 108 pojemników na monety. Modlący się idąc wzdłuż rzędu pojemników wrzuca do każdego z nich uprzednio przygotowane monety 1THB. Sprawdzałem - w pojemnikach nie było innych monet. W ten sposób zapewnia się szczęście i pomyślność, a kosztuje to 108THB. Na terenie Wat Po działa szkoła ziołolecznictwa, można też poddać się tu godzinnemu masażowi.
kliknij aby powiększyć
kliknij aby powiększyć
kliknij aby powiększyć

Świątynia Szmaragdowego Buddy oraz Wielki Pałac
Pośrodku Rattanakosin czyli starego królewskiego miasta. wzdłuż południowej strony ulicy Na Phra Lan wznosi się Wielki Pałac. Do zespołu pałacowego położonego na dużej sztucznej wyspie utworzonej po przekopaniu khlongu na zakolu rzeki Menam - po tajsku Mae Nam Chao Phraya, prowadzi jedno wejście/wyjście. Po prawej stronie ciągną się biura Królewskiego Domostwa, po lewej Świątynia Szmaragdowego Buddy po tajsku Wat Phra Kaeo. Świątynia ta jest dla buddystów tym, czym dla polskich chrześcijan Jasna Góra. Wejścia strzegą 6-metrowej wysokości figury demonów z Ramakien. Do wejscia botu z figurką Szmaragdowego Buddy idzie się wzdłuż połyskliwej ściany. Z przodu ustawione są liczne posążki w chińskim stylu w których palą się kadzidełka. Słynna figurka ma 75 cm wysokości i wykonana jest nie ze szmaragdu, a ze zbliżonego doń kolorem jadeitu. Figurka odziana jest zawsze stosownie do pory roku i siedzi w szklanej gablocie wysoko na ołtarzu. Przy przebieraniu asystuje zawsze król. W Tajlandii jest 3 pory roku: gorąca, mokra i chłodna - kiedy temp spada do około 25 st.C w dzień. Posążek przypuszczalnie został wykonany na Cejlonie. Znaleziono go na początku XVw. w Chiang Raj - ówczesnej stolicy, kiedy piorun rozłupał starą chedi. Wychodząc z botu widzi się po płn stronie trzy budowle. Pierwsza z lewej to złota Phra Sri Ratana Chedi, wzniesiona przez Ramę V dla pomieszczenia relikwi - fragmentu mostka (kości) Buddy. Dziedziniec świątynny jest otoczony krużgankiem. Wszędzie pełno posążków demonów przedstawiających sceny z Ramakian. Widać stąd królewskie mauzoleum, dzwonnicę i osiem prangów, czyli wieżyczek w stylu khmerskim. Pośrodku stoi wyłożona zielonymi szklanymi płytkami z wielopiętrowym dachem Phra Mondop - biblioteka z buddyjskimi pismami (ma zawsze zamknięte drzwi i otoczona jest białymi słoniami odlanymi z brązu).
Po prawej stronie stoi Prasad Phra Themp Bidom - Królewski Panteon. Jest on otwarty w niektóre święta, a mieści między innymi odlane z brązu figury wszystkich władców Bangkoku. Dalej stoi budynek tronowy (miejsce koronacji kolejnych władców), dalej budynek audiencji i przyjęć. Królewska rodzina nie mieszka tu od 1946r - przeniosła się do pałacu w dzielnicy Dusit. Kompleks świątynny Szmaragdowego Buddy jest jednym z największych i najokazalszych obiektów sakralnych jakie zbudowano na świecie. Nieodzownym elementem modłów i upiększeń świątyń jest kwiat lotosu - symbol Buddy. Lotos wzrastając z ziemskiego bagna zmierza jak Budda ku niebu.
kliknij aby powiększyć

Khlongi - wodne ulice Bangkoku
XXw spowodował wypieranie łodzi jako głównego środka transportu i zasypywanie niektórych khlongów. Na szczęście mieszkańcy domów na palach i turyści gustują w "weneckiej komunikacji". Płynąc w górę khlongiem Bangkok Noi oglądamy prezentującą się stąd bardzo okazale świątynię Wat Arun z czasów królestwa Ayuthaya. Był tu pierwotnie eksponowany i czczony Szmaragdowy Budda. Mijamy Muzeum Królewskiej Barki, drewniane domy na palach, odchodzące khlongi i grupki dokazujących w mętnym nurcie dzieci. Wszyscy tu namiętnie łowią ryby. Wystarczy rzucić do wody trochę chleba, aby zobaczyć jakie potwory tu żyją. By się odprężyć, poszliśmy wieczorem na kolację do Silom Village, gdzie przy klasycznej tajskiej muzyce i tańcach zespołu Ruen Thep jedliśmy tajskie potrawy. W Silom Village zostawia się buty w szatni.




DAMNOEN SADUAK - pływający targ (zobacz na mapie)

kliknij aby powiększyć
kliknij aby powiększyć
80 km na płd zach. od Bangkoku obok Samut Songkhram leży miasteczko Damnoen Saduak. Tu codziennie od świtu Tajki w tradycyjnych słomkowych kapeluszach, ustawiają wzdłuż brzegu płaskodenne łodzie pełne owoców, regionalnych wyrobów rzemieślniczych, pamiątek, osobliwości miejscowej przyrody, wreszcie gorących tajskich przysmaków przyrządzanych na małych kuchenkach opalanych węglem drzewnym. Od ilości i różnorodności owoców, których zarówno wygląd jak i miejscowe nazwy nic nie mówią może zakręcić się w głowie. Kupujemy zatem to co już zdążyliśmy poznać. Wszystko odbywa się w scenerii o którą zadbała tu szczodra natura. Mogłoby się wydawać że to miejsce ogólnej szczęśliwości... Przestrzegam przed zakupami preparowanych zwierząt, owadów itp. Przy kontroli celnej w Polsce mogą być uznane za chronione. Wtedy czeka nas przymusowy kontakt z kompetentnym rzeczoznawcą (po oczekiwaniu na jego przybycie na lotnisko), policją, przymusowy przejazd na komisariat + przesłuchanie, zdjęcia, odciski palców, zarzut prokuratorski i w perspektywie proces sądowy. To nie jest złośliwy żart!



KANCHANABURI i RZEKA KWAI (zobacz na mapie)

kliknij aby powiększyć
120 km od Bangkoku na płn zach. nad rzeką Kwai, blisko granicy z Birmą leży Kanchanaburi. Jest tu trzy cmentarze na których spoczywa 6982 jeńców alianckich: Holendrów, Australijczyków, Brytyjczyków i Nowozelandczyków. To wynik wycieńczenia, chorób, głodu, nieludzkiego traktowania przy budowie mostu, który miał skracać Japończykom drogę wojskowych dostaw do Birmy. Ciała Amerykanów przeniesiono do ojczyzny i złożono na cmentarzu w Arlington. Przy budowie zatrudniono 250tys. robotników z Azji i 61tys. alianckich jeńców. Słynny most na rzece Kwai z filmu Davida Lean`a obecnie nie istnieje i był bardziej na płn od tego, który teraz jest odwiedzany przez turystów. My jedliśmy lunch na tratwie ciągnionej przez motorówę i podziwialiśmy dżunglę, która szczelnie otaczała Kwai. Weszliśmy oczywiście na ów most.



AJUTTIA - była stolica (zobacz na mapie)

kliknij aby powiększyć
kliknij aby powiększyć
85 km na płn od Bangkoku u zbiegu rzek Chao Praya (Menam), Pa Sak i Lopburi około 1350r książę U Tong założył Ajuttaię, a już 30lat później pod jej panowanie przeszedł Sukhotaj - pierwsza stolica. Przez ponad 400lat 33 kolejnych władców budowało i uświetniało majestat Ajuttii. Na przełomie XVI i XVIIw Ajuttia należała do najbogatszych miast w Azji i liczyła ok. milion mieszkańców. O jej świetności świadczą ruiny świątyni Phra Ram, czy choćby chedi świątyni Wat Phra Sri Sanphel. Bogactwo przyciągało najeźdźców i tak w końcu XVIIw Birmańczycy na krótko zajęli miasto, po czym zostali wyparci, a w 1767r zdobyli je ponownie niszcząc, grabiąc, mordując i biorąc do niewoli mieszkańców. W ciągu roku Ajuttia stała się kilkutysięcznym , niemal wymarłym miastem. Zwiedzając okolice miasta trafiliśmy na targ na którym zobaczyliśmy osobliwie przyrządzane danie. Tajka trzymając w ręce kulę ciasta - zdjęcie z lewej, uderzała nim w rozgrzany blat, odrywała ciasto, a na blacie pozostawał cienki naleśnik, który zaraz podawała ze słodkim nadzieniem. Wszystko trwało może minutę. Na jednym ze straganów oferowano suszone rybie łby, jednak największe zainteresowanie wzbudziła jadłodajnia w której serwowano grilowane szczury w cenie 150THB/kg, grilowane ptaszki wielkości szpaka, a także na zamówienie dania z kobry i małych żółwi. Żywe kobry czekały w workach leżących pod stołem, a żółwie kłębiły się w pojemniku. W Tajlandii je się również mięso słoni - jest bardzo drogie i podawane jest raczej w ekskluzywnych lokalach.



SUKHOTAJ - pierwsza stolica Królestwa Tajlandii (zobacz na mapie)

kliknij aby powiększyć
kliknij aby powiększyć
kliknij aby powiększyć
Droga z Ajuttai do Phitsanuluk prowadzi przez Równiny Centralne całkowicie zalane o tej porze roku, bo właśnie kończy się pora deszczowa. Jedynie szosy, linie kolejowe, które położone są na groblach, domy na palach, drzewa i rosnący ryż wystają nad taflę wody. To niespotykane gdzie indziej zjawisko, żeby przez kilkaset kilometrów patrząc z okna autokaru widziało się wciąż ludzi łowiących ryby z łódek albo z tarasów drewnianych domków, czy brodzących po pas w wodzie z sieciami. Domki położone bliżej siebie, lub bliżej szosy mają między sobą drewniane kładki na których zwykle wylegują się psy. Jeśli kładek nie ma - do pali przycumowane są łódki. Woda często wdziera się do miast. W Phitsanoluk z hotelu pojechaliśmy rikszami na kolację uatrakcyjnioną ludową muzyką, śpiewami i "latającymi warzywami", że o whisky nie wspomnę. Latające warzywa polegały na złapaniu ich w pokrywkę przez "wybranego ochotnika" stojącego na wysokiej na kilka i odległej o kilkanaście metrów rampie. Kucharz po upieczeniu warzyw stojąc tyłem do rampy rzucał je machnięciem patelni. Efekty łatwe do przewidzenia. Następnego dnia zwiedziliśmy świątynię Wat Sri Ratana Mahathat z Buddą siedzącym z rękami w geście bhumisparśa mudra i przejechaliśmy do pobliskiego Sukhotaj. Ze względu na bardzo rozległy teren zwiedzaliśmy go poruszając się po nim na wypożyczonych za 20THB rowerach. Sukhotaj - pierwsza stolica tajskiego królestwa powstała w 1238r. i przez dwa następne stulecia tworzono tu najwspanialsze dzieła sztuki w historii Tajlandii. To rzeźbiarze z Sukhotaj jako pierwsi przedstawiali Buddę idącego z gracją (Wat Sra Sri), a architekci wymyślili chedi w kształcie pączka lotosu. Smukłe wieże zwieńczone stożkowatym kwiatem stały się znakiem rozpoznawczym tej epoki (Wat Mahathat i Wat Trapang Ngoen). Wizerunki Buddy są tu eleganckie, smukłe, zwykle odziane w przylegającą do ciała szatę spiętą na wysokości pępka. Najczęściej przedstawiano go w postaci siedzącej z rękami w geście bhumisparśa mudra. W parku historycznym Sukhotaj pozostało wiele świątyń z epoki khmerskiej, których Tajowie nie niszczyli lecz rozbudowywali. Przetrwałe tu wiharny i boty to najstarsze domy modlitewne Tajlandii. Wszystkie świątynie i posągi Buddy wkomponowane są w przepięknie utrzymany tropikalny park z wieloma stawami porośniętymi kwiatami lotosu.



MAE SAI (zobacz na mapie)

kliknij aby powiększyć
Z Sukhotaj pojechaliśmy dalej na północ do Mae Sai, a po drodze wstąpiliśmy do łuszczarni ryżu, zbieranego w Tajlandii trzy razy w roku. Łuszczarnia to taki młyn w którym ryż jest łuskany i przerabiany na mąkę i kasze. Mae Sai - najbardziej na płn wysunięte niewielkie miasto Tajlandii od birmańskiego miasteczka Tachilek oddziela most z granicznymi posterunkami po obu stronach rzeki Sai. Ruch na moście spory, a miasteczko Mae Sai tętni od rana handlowym życiem sklepów, straganów i bazaru. Kwitnie przygraniczny handel kamieniami szlachetnymi, wyrobami z laki, ziołami, tekstyliami itp. Do Birmy nie poszliśmy, bo kilka tygodni wcześniej strona birmańska znacznie wydłużyła procedury kontroli granicznej i w naszym planie zabrakło czasu na sprostanie im. Przejście graniczne Mae Say - Tachilek zamykane jest o zmroku.



CHIANG SEAN - Złoty Trójkąt, wizyta w Laosie (zobacz na mapie)

kliknij aby powiększyć


flaga Laosu



godło Laosu
Jadąc z Mae Sai na wschód wzdłuż granicznej z Birmą rzeki Sai, dotrze się do powstałego w XIIw miasteczka Chiang Saen, gdzie zbiegają się granice Tajlandii, Laosu i Birmy, a rzeka Sai wpada do Mekongu. To właśnie ta okolica od dawna nazwana Złotym Trójkątem zasłynęła poważnym udziałem w światowej produkcji opium. W ciągu ostatnich 25 lat Tajlandia w znacznym stopniu wycofała się z niechlubnego procederu. Za posiadanie i handel narkotykami grozi tu kara śmierci. Z Chiang Saen płyniemy Mekongiem dużą łodzią motorową wzdłuż granicy birmańsko laotańskiej. Ponieważ w Tajlandii jest zabroniony hazard, to w Birmie niedaleko granicy powstało potężne kasyno do którego przypływają tajscy zwolennicy tej rozrywki. Nie wszystkich w Birmie stać jednak na takie spędzanie czasu. Biedę można dostrzec tu bez większego wysiłku. Płynąc Mekongiem dalej (300km) można byłoby dotrzeć do Chin, lecz my zawracamy i teraz płyniemy wzdłuż laotańskiego brzegu. Obserwujemy Laotańczyków łowiących ryby i kąpiące się dzieci w mętnej, wręcz brązowej wodzie Mekongu. Przybijamy do przystani miasteczka Don Sao i ruszamy na atrakcyjny, również pod względem cenowym targ. Jednorazowy pobyt na laotańskiej ziemi kosztuje 20THB/osobę - dostajemy od urzędników kwitek zamiast wizy w paszporcie. Na straganach można płacić w batach, zatem nie trzeba nawet robić wymiany. Próbujemy stojących na stołach w dużych szklanych słojach miejscowych nalewek na kobrach, na skorpionach, żółwiach, legwanach, korzeniach żenszeń etc, które można tu kupić. Picie ciepłych nalewek w temp 35 st.C przy dużej wilgotności powietrza, to wyczerpujące zajęcie, a buteleczki wyglądają coraz bardziej atrakcyjnie. Ani laotańskie, ani tajskie prawo tego nie zabrania, lecz przy kontroli celnej w Polsce można żałować tego zakupu. Zatem odradzam, tym bardziej że smak tych specyfików odbiega bardzo od jakichkolwiek kryteriów organoleptycznych. Oglądamy stragany, kupujemy pamiątki i do łodzi. Chcemy jeszcze pochodzić po Chiang Saen i z punktu widokowego zrobić fotki Złotego Trójkąta.



Górskie plemiona TAJLANDII (zobacz na mapie)

kliknij aby powiększyć
kliknij aby powiększyć
kliknij aby powiększyć
kliknij aby powiększyć
Północne połacie Tajlandii zajmują góry porośnięte tropikalną dżunglą. W górach tych żyje 20 plemion mających odrębne zwyczaje, tradycyjne ubiory, wierzenia, języki i choć stanowią 2% ogółu mieszkańców, to należą do największych turystycznych atrakcji Tajlandii. Aby dotrzeć do górskich wiosek, przesiedliśmy się na terenowe jeepy Toyoty.
AKHA - najbiedniejsze i najmniejsze plemię bo liczące 48tys.osób, lecz najmocniej opierające się asymilacji z Tajami. Kobiety Akha noszą bogato zdobione nakrycia głowy wykonane ze srebrnych krążków, starych monet, paciorków, piórek itp. Swoje najpiękniejsze stroje noszą nawet przy pracach w polu, choć nie należą do najlżejszych. Język Akha należy do grupy językowej tybetańsko-birmańskiej. Nie uprawiają maku, nie używają opium i czczą swoich przodków np. potrafią z pamięci wyliczyć pradziadków do 20 pokolenia wstecz. Ich domy z bambusa i desek, bez podłóg, pokryte liśćmi palm lub ryżową słomą, posiadają zadaszone werandy na których Akha siedzą, albo śpią, chroniąc się przed słońcem. Świnie kury spacerują pomiędzy drzewami, domkami i kobietami sprzedającymi swoje wyroby turystom na straganach. Czas tu od dawna stoi.
KARENOWIE - największe z górskich plemion bo liczące 320tys. osób. Ich język należy do rodziny chińsko-tybetańskiej. Niezależnie od wiary jaką przyjęli (buddyjskiej,chrześcijańskiej czy animistycznej) przywiązują wielką wagę do monogamii, potępiają seks przedmałżeński, a przodków określają po kądzieli. W przeciwieństwie do innych plemion od dawna uprawiają ryż na nisko położonych, podmokłych polach. Kobiety Karenów noszą na głowach kolorowe turbany, a swoje dzieci ubierają w bogato zdobione plemienne stroje. Ich domy są bardziej zadbane, nawet dachy mają "cywilizowane pokrycia". Hodują świnie i kury, handlują swoimi rzemieślniczymi wyrobami.
PADAUNG czyli Długie Szyje. Kobiety z tego plemienia noszą na przedramionach, pod kolanami i na szyjach lśniące zwoje z mosiądzu co uniemożliwia im wykonywanie jakichkolwiek ruchów głową. Pomimo tego tkają na krosnach, sprzedają własne wyroby rękodzielnicze, wychowują dzieci, gotują. "Obroża" nakładana na szyję już małym dziewczynkom swoim ciężarem powoduje ucisk obojczyków i górnych żeber, ich trwałe odkształcenie i optyczny efekt wydłużenia szyi. W miarę dorastania dziewczynkom są dodawane zwoje, tak że "obroża" może ważyć nawet kilka kilogramów. Z czasem zanikają mięśnie szyi i kobieta nie może bez "obroży" utrzymać głowy o własnych siłach. Widziane przez nas dziewczynki Padaung były wyjątkowo smutne i pomimo przepięknego położenia wioski w dżungli , wracaliśmy z mieszanymi uczuciami.



CHIANG RAI - Królewskie Miasto (zobacz na mapie)

kliknij aby powiększyć
kliknij aby powiększyć
Chiang Rai założył w połowie XIIIw. król Mangraj. Leży ono nad rzeką Kok na wysokości 580m npm i aktualnie jest stolicą północnej prowincji. Pomimo tak egzotycznego położenia i długiej historii nie ma tu turystycznych atrakcji i służy ono raczej za punkt wypadowy. Zamieszkaliśmy w bungalow urządzonym w stylu japońskim hotelu Teak Garden i stąd ruszyliśmy na pobliski targ. Znaleźliśmy tu wiele kulinarnych tajskich wynalazków dotąd nam nieznanych. Były tu obok wcześniej już widzianych larw i robaków różnego koloru i wielkości, na wagę i w woreczkach, również żywe jak i grilowane duże ropuchy, świeże grzyby moon i inne gatunki grzybów o dziwnych kształtach, grilowane kawałki trudnego do zidentyfikowania mięsa w kawałkach młodego bambusa, warzywa i owoce. Zwyczajowo w domu tajskim nie ma kuchni, a biedniejsze rodziny praktycznie cały dzień spędzają przed domem (na ulicy). Tu gotują na małych kuchenkach opalanych węglem drzewnym, tu jedzą i wypoczywają. Powszechne jest kupowanie gotowych dań w plastikowych woreczkach i zabieranie ich do domu. Podstawą menu jest ryż w zestawach z: jarzynami, rybami, krewetkami, wieprzowiną, drobiem i wcześniej wymienionymi "wynalazkami". Tajowie nie używają ziemniaków, mleka, serów, mają za to olbrzymią ilość przypraw, sosów, słodkich deserów, soków i owoców. W kraju tym nigdy nie było klęski głodu.



CHIANG MAI - Nowe Miasto (zobacz na mapie)

kliknij aby powiększyć
kliknij aby powiększyć
kliknij aby powiększyć
kliknij aby powiększyć
Chiang Mai to około 200tys. miasto położone nad rzeką Ping. Zwane kiedyś Różą z Północy przez siedem wieków było stolicą królestwa Lanny (Królestwo Miliona Pól Ryżowych). Rozwinęła się tu odmienna kultura od tej z Równin Centralnych. Miasto słynie z 80 pięknych drewnianych świątyń i wyrobów rzemieślniczych: wyrobów z laki, srebra, ceramiki, rzeźb z drewna i parasolek. Działa tu również najbardziej popularny w Azji płd-wsch kabaret transwestytów "Simon". Teatr usytuowany jest na wolnym powietrzu, ma 500 miejsc i oferuje wielki show na trzech scenach, piękną scenerię i artystów w olśniewających bogactwem kolorów strojach. Po przedstawieniu poszliśmy na "Nocny Market", czyli targ na ulicy, a raczej wielu ulicach, który swoją działalność rozpoczyna o zmroku i kończy około 3 nad ranem. To największy nocny targ Tajlandii. Wybór towarów ogromny, targowanie konieczne, ale nie jest to targowisko w stylu arabskim i nikt nie zmusza do zakupu. Niedaleko Chiang Mai w wiosce Saukampaeng zwiedziliśmy zakład produkujący parasolki, oglądając kolejne fazy ich powstawania. Można tu również za 50THB zamówić wykonanie akrylowymi farbami w 5 min ładnego obrazka na koszulce, portfelu, spodniach itp. Byliśmy również w zakładach produkujących wyroby ze złota, srebra, jedwabiu. W każdym z zakładów można było potem dokonać zakupów w przyzakładowym sklepie.
15 km na płn-zach od Chiang Mai na szczycie góry Doi Suthep wzniesiono w połowie XIIIw piękną świątynię Wat Pra That Doi Suthep. W/g legendy miejsce miał wskazać królewski (biały) słoń z umocowaną na grzbiecie relikwią Buddy. Do świątyni prowadzi 290 schodów z balustradą w kształcie splotów węża naga . Po drodze mija się najwyżej kilkunastoletnie dziewczynki z maluchami na plecach, żebrzące lub pozujące za 10 THB do zdjęć. Wszędzie kręcą się przekupnie oferujący miejscowe pamiątki. Do świątyni można również wjechać za 20THB windą. Na wschodnim i zachodnim krańcu kompleksu usytuowane są dwa wiharny. O świcie na wschodnim rozbrzmiewają śpiewy mniszek, zaś o zachodzie na zachodnim śpiewają mnisi. Krużganki ozdobione są malowidłami, rzeźbami przedstawiającymi sceny z życia Buddy, a złocona chedi opasana jest ogrodzeniem i ocieniona parasolem z brązu. Po obu stronach świątyni wisi rząd modlitewnych dzwonów, z tarasu widać całe Chiang Mai.



Spotkanie ze słoniami (zobacz na mapie)

kliknij aby powiększyć
kliknij aby powiększyć
kliknij aby powiększyć
kliknij aby powiększyć
kliknij aby powiększyć
Z Chiang Mai pojechaliśmy na płn w kierunku miasta Chiang Dao do Ośrodka Szkolenia Słoni (Maetaman Elephant Camp and Bambo Rafting). Tu pod obszerną wiatą stało kilkanaście słoni przywiązanych łańcuchami za nogi do słupów i zajadało liście palmowe i pędy bambusa. To stąd po kąpieli i przytroczeniu dwuosobowych foteli słonie ze swoimi poganiaczami zabierają turystów na przejażdżkę skrajem dżungli. Pierwszy nasz kontakt ze słoniami to zdjęcia na wyciągniętej nodze leżącego słonia i siedząc okrakiem na trąbie, gdy ten podnosił bez najmniejszego wysiłku człowieka do góry. Jak się zorientowaliśmy, inne słonie używane są do przejażdżek, a inne do pokazów. Właśnie kilka słoni po kąpieli ze swoimi opiekunami w rzece przybyło na obszerną arenę ocienioną tekowymi drzewami. Kolosy ciągną i układają olbrzymie bale, kopią do bramki piłkę, wrzucają ją do kosza, masują nogą i trąbą swojego opiekuna, zakładają mu kapelusz zbliżając się do niego na dwóch nogach i wykonują przy tym wiele śmiesznych gestów. Kłaniają się po każdym numerze, trąbią i biegną do widzów po banany i kawałki bambusa. Jeśli ktoś poda pieniądze bez polecenia podają je opiekunowi. Hitem programu jest jednak malowanie przez słonie obrazów. Kilka słoni stojąc przed sztalugami maluje kolorowe kwiaty, słonie, palmy. Pomoc opiekuna ogranicza się do nałożenia na pędzel farby i podania go słoniowi do trąby. Jest to zdumiewające i zmusza do przeanalizowania naszego poglądu na temat "istoty myślącej". Dużym przeżyciem jest przejażdżka na słoniu, choć nie jest to "wygodne zajęcie" to bliski kontakt z tak wielkim zwierzęciem jest sympatycznym doznaniem. Poganiacz siedzi tuż za głową słonia i kieruje nim podając komendy, pomagając sobie buławą zakończoną hakiem i szpikulcem. Jedzie się skrajem dżungli mijając ambony na których miejscowi sprzedają za 20THB wiązki pędów bambusa i kiście bananów którymi można podczas jazdy karmić wierzchowca. On sam się o to domaga wyciągając w naszym kierunku trąbę. Jeśli przy kolejnej ambonie nie kupi się smakołyka słoń nie chce iść dalej. Sprzedawca rzuca wtedy banana albo kawałek bambusa - słoń podnosi, zajada i rusza dalej. To była bardzo miła przejażdżka. Czeka nas jeszcze przejazd dwukołową arbą zaprzężoną w woły, choć po słoniu to mała atrakcja. Po lunchu dostajemy obszerne tajskie kapelusze i wsiadamy na bambusowe tratwy, którymi godzinę płyniemy w dół rzeki obserwując po drodze dżunglę, która ściśle porasta brzegi rzeki. Tu jeszcze raz można się przekonać, że natura to pod każdym względem niedościgniony artysta. Wracając do Chiang Mai, gdzie późnym popołudniem wsiedliśmy do pociągu by wrócić do Bangkoku (około 700km), zwiedziliśmy farmę orchidei. Te szlachetne kwiaty rosną tu nie potrzebując ziemi i podlewania. Wysoka wilgotność powietrza zapewnia im wszystkie składniki pokarmowe. Na farmie kwitnące orchidee wiszą w pustych doniczkach, a ich korzenie pod doniczkami wyglądają jak pomoc szkoleniowa na lekcji biologii. Tu aby na drzewie "zasadzić orchideę", przywiązuje się ją drucianą siatką do pnia i to wystarczy aby rosła i pięknie kwitła. Zobaczyliśmy tu też małą hodowlę skorpionów i tropikalnych motyli, a potem na dworzec. Do Bangkoku jechaliśmy całą noc śpiąc wygodnie, bo klimatyzowane wagony mają sprytnie skonstruowane siedzenia, które obsługa pociągu dosłownie w minutę przerabia na piętrowe łóżka, dodając miękkie materace, poduszki i pledy. Po zasunięciu kotar każdy podróżny ma jakby indywidualną sypialnię. A rano - odwrotnie.



Na farmie krokodyli (zobacz na mapie)

kliknij aby powiększyć
kliknij aby powiększyć
W Bangkoku z pociągu przesiadamy się do autokaru i jedziemy na południe do Pattayi, a właściwie Jomtien - kilka km dalej położonego nad Zat. Tajlandzką (Syjamską) M. Południowochińskiego. Jomtien powstało w wyniku ekspansji turystycznej w tym rejonie, opierając płd granicę miasta o plażę zatoki. Po drodze, około 20km od Bangkoku zwiedzamy największą na świecie farmę krokodyli. "Samut Prakan Crocodile Farm & ZOO" założył w 1950r Mr. Utai Youngprapakorn z przesłaniem ochrony ginących krokodyli. Jeśli wierzyć przewodnikom to jest tu teraz 100tys. krokodyli. Krokodyl ma 35 zębów w górnej i 30 w dolnej szczęce. Nie ma języka i otwierając paszczę reguluje temp swojego ciała. W Tajlandii występuje trzy gatunki krokodyli. Żyją one w grupach w wodzie nie głębszej jak 5 stóp (~1,5m), a rekordowy krokodyl wpisany do Księgi Guinnessa ur. w 1972r miał długość 19ft 8in (~6m ) i ważył 1114,27kg. Na terenie farmy obejrzeliśmy show z krokodylami i chyba nie było osoby, która nie krzyczałaby w czasie kiedy dwóch Tajów wkładało ręce/głowy do rozwartych paszcz krokodyli, a te błyskawicznie zamykały je z głośnym kłapnięciem w momencie, gdy wyjmowane ręce znajdowały się tuż za krawędzią paszczy. Było również wyciąganie za ogon dwu/trzy metrowych krokodyli z grupy leżącej w płytkiej wodzie, grzebanie w gardzieli krokodyla i temu podobne atrakcje nie nadające się na senne marzenia. Potem były zdjęcia z krokodylami, żywym tygrysem, zwiedzanie farmy z karmieniem krokodyli, muzeum, zwyczajowo sklepiki z pamiątkami i do Jomtien.



JOMTIEN (zobacz na mapie)

kliknij aby powiększyć
kliknij aby powiększyć
kliknij aby powiększyć
Pobliska Pattaya użyczyła znacznie młodszemu Jomtien opinii miejsca, gdzie dobrze sytuowani, starsi "turyści" (często mocno) z Zachodu szukają taniego seksu. Jest tu mnóstwo hoteli, restauracji, klubów go-go, salonów masażu (1godz masażu tajskiego=200-400THB), sklepów, straganów, biur podróży oferujących wycieczki na pobliskie wyspy i nie tylko, internetowych kafejek (przeważnie 1min=1THB), a przede wszystkim długa plaża z leżakami i parasolami. Sąsiaduje ona przez chodnik z ruchliwą nadmorską ulicą. Przewodnikowe opinie o krystalicznie czystym piasku i wodzie są mocno przesadzone, a do tego kąpiąc się można tu czasami zostać poparzonym przez olbrzymie meduzy. Pomimo tego tłok tu niemal zawsze duży, a w weekend kiedy przyjeżdżają na odpoczynek mieszkańcy z Bangkoku i okolic zajęty jest nawet chodnik i parkingowa część ulicy przez rozłożone maty, grile, kociołki, talerze z jedzeniem i biesiadujących całymi rodzinami Tajów. Plaża w Jomtien ma również zalety bo nie ruszając się z leżaka można zjeść, wybierając danie z tacy roznoszących potrawy i owoce, poddać się masażowi i manicure/pedicure. Sieć pobliskich restauracji oferuje menu ilustrowane zdjęciami potraw, co znacznie ułatwia zamówienie. Często menu jest tak obszerne, że można by je nazwać "czego dusza zapragnie". Wieczorami ruch z plaży przenosi się do handlowo-kulinarno-rozrywkowej części miasta. Niemal przed każdym lokalem młode, seksownie ubrane Tajki zapraszają, gestykulując i uśmiechając się zalotnie. Nagminny, początkowo szokujący widok starszego pana ze swoją jakby wnuczką o tajskich rysach twarzy: przy stoliku, na plaży, czy spacerujących "za rączkę"- po kilku dniach przestaje dziwić. Obecna prostytucja to efekt czasów gdy z amerykańskiej bazy w Wietnamie przyjeżdżali tu na odpoczynek żołnierze. Amerykanie zniknęli, a stworzony wtedy "rynek usług" przejął turystów przyjeżdżających tu ze względu na klimat, czystą wodę i plaże, a również niskie ceny. Nie bez znaczenia jest tu również bieda w wielu tajskich rodzinach i pokusa szybkiego zarobienia pieniędzy. Są tu również kluby i plaża dla gejów i analogiczne obrazki "starszych panów o zachodnich rysach twarzy, ze swoimi tajskimi wnukami".



"KO LAN" i "KO SAMET" - dwie pobliskie wyspy (zobacz na mapie)

kliknij aby powiększyć
kliknij aby powiększyć
kliknij aby powiększyć
W Zatoce Tajlandzkiej jest wiele wysp, my kupiliśmy w jednym z biur podróży dwie najbardziej popularne wycieczki na niezbyt odległą na zachód od Pattayi wyspę Ko Lan i nieco dalej położoną Ko Samet. Ceny oczywiście negocjowane, a zasada więcej osób - większy upust sprawdza się.
Na Ko Lan płynie się ponad godzinę mijając po drodze statki, łodzie, żaglówki, ślizgacze i co tam jeszcze wymyślono do pływania. Po drodze postój na platformie, z której można polecieć na ciągniętym za ślizgaczem spadochronie, a potem już tylko monotonny klekot silnika aż do wyspy. Jest miło, czysty piasek i woda, spora fala, można wypożyczać sprzęt, nurkować, pływać itp. Leżaki i parasole symbolicznie płatne, na plaży sklepiki, baza gastronomiczna i można leniuchować, lub zawierać znajomości. Dużo tu sympatycznych Hindusów, którzy biesiadują całymi wielopokoleniowymi rodzinami. Przejrzystość wody dobra, choć nie jest to M. Czerwone. Rafy koralowe i ryby wokół nich to namiastka tego co można zobaczyć tam. Wycieczka kosztuje 350THB, w tym bardzo dobry lunch i transport z/do hotelu. Powrót późnym popołudniem.
Na Ko Samet płynęliśmy z portu miasteczka Pak Klong Phe, więc jechaliśmy najpierw prawie dwie godziny 10 osobową taksówką, a potem około półtorej godziny płynęliśmy statkiem. Wyspa jest Narodowym Parkiem i można tu nurkując zobaczyć więcej raf i kolorowych ryb, lecz w dalszym ciągu nie jest to M. Czerwone. Kokosowe palmy, biały piasek, czysta woda, bujna roślinność sprawiają, że czas tu miło i szybko płynie. Po lunchu (w cenie wycieczki) można za 400THB kupić przejażdżkę ślizgaczem wokół wyspy, z wielokrotnym nurkowaniem w pięknych zatoczkach , zwiedzaniem farmy w której hoduje się rekiny, różne gatunki kolorowych ryb i żółwie. Wycieczka kosztuje 750THB i tu również w cenie transport z/do hotelu. W czasie powrotnego rejsu z wyspy narzekali jedynie ci uczestnicy, którzy zapomnieli że słońce tu nie opala, a piecze.



Pożegnanie z AZJĄ

kliknij aby powiększyć
Wylot z Bangkoku o 6 rano to nieuchronne zarwanie całej nocy, bo z hotelu Jomtien Thani gdzie ostatnio mieszkaliśmy na lotnisko jest około 200km. Pakowanie, przygotowanie ciepłej odzieży, bo w Polsce na początku listopada padał już śnieg i temp. spadała nocą kilka stopni poniżej zera. Nurtowało nas również pytanie czy w tą stronę też przekopią nam walizki? Nauczeni doświadczeniami pakowaliśmy je biorąc to pod uwagę. Jak się okazało nie przekopano, a pogoda w czasie lotu pozwoliła nam obserwować z 11tys. metrów Himalaje z przyległościami i mocno zanieczyszczone plamami ropy naftowej Jez. Aralskie, co oprócz jedzenia i stania w kolejce do toalety było jedyną rozrywką w czasie lotu. Bo nawet filmy które puszczano na pokładzie były tym samym zestawem, który oglądaliśmy lecąc do Tajlandii. Szkoda że to tak daleko.

SKOCZ NA GÓRĘ